Bez nerwosolu nie podchodź.
Właśnie odłożyłem kolejną grę na półkę, której nie ukończyłem i prawdopodobnie już nigdy po nią nie sięgnę. Ninja Gaiden na pierwszego Xboxa, wychwalana przez recenzentów i graczy nie zdobyła mojego uznania. Stwierdziłem, że włączę tą grę, żeby sobie udowodnić, że jeszcze potrafię, że jestem dobry i “jakaś tam gierka” nie będzie “za trudna”. Coż, udowodniłem sobie że jestem już za stary. Wystarczyło mi kilka podejść do drugiego bosa i za każdym razem ginąłem wystarczająco szybko, aby nie robić sobie nadziei na powodzenie przy kolejnej próbie - zostałem z tej gry skutecznie wyleczony. Do mojej kapitulacji przyczyniała się również świadomość: “im dalej tym trudniej” - co miałbym robić przy czwartym i kolejnych “szefach” - oszczędziłem sobie nerwów.
Dlaczego podjąłem próbę podreperowania swojego podupadłego ego hardcorowego gracza? Po prostu: jeszcze parę lat temu potrafiłem się wspiąć na sam szczyt w dwóch drabinkach na ClanBase i się tam dzielnie trzymać, dziś nie mogę wygrać “meczu” w Bomberman LIVE. Byłem czołowym zawodnikiem polskich finałów WCG w NFS’a, a dziś posiadam status “amator” w nowej Forzie. Ehh, starość nie radość…
ps. Na szczęście mam Wii

Ta “wspaniała” gra mogłaby dla mnie nie istnieć.

Napisz odpowiedź