Arcade sposobem na… piwo.
Do rozważań na temat arcade skłoniła mnie ostatnio przeczytana recenzja After Burner Climax, a dokładniej opis jej kabiny. Zdałem sobie sprawę, że nie wszystko można przenieść pod domowe strzechy. Co prawda mamy już kierownice, pistolety, maty do tańczenia, gitary itp., ale nowego After Burner na domowe sprzęty nie zaadoptujemy, przynajmniej nie w całości. Chodzi tutaj o zastosowanie siłowników, które powodują ruchy całej kabiny - przechylamy się wraz z naszym myśliwcem. Niewątpliwie musi to dostarczać niesamowitych wrażeń. Polecam filmik znajdujący się pod tym linkiem, dla zobrazowania moich słów.
W salonie gier po raz ostatni byłem jakieś jakieś 2 lata temu. Chodząc po mieście z kumplem (maniak Counter Strike’a - wszędzie są ci “wstrętni” pecetowcy ;-), namówiłem go do wejścia do owego salonu. Gry, które wybraliśmy oferowały właśnie to, czego nie było na domowym sprzęcie. Pierwsza: boks - stand okraszony serią czujników wyłapujących ruchy gracza, czyli krótko: uniki i ciosy (połączenie cech Wii i Eye Toy’a). Wynik 1:0 dla pecetowców. Druga: maszyna do pomiaru mocy uderzenia pięścią, każdy zawodnik miał po trzy próby. Wynik po dwóch grach jeszcze smutniejszy: (PC) 2 - 0 (konsola). Trzecia: strzelanina na pistolety w trybie kooperacji, w związku z czym zmian w punktacji odnotować nie mogę, ale dodam, że błędy popełnialiśmy solidarnie. Czwarta: nie była to typowa gra wideo, a stół z wieloma dziurkami, z których wylatywało powietrze, które to z kolei pozwalało się unosić krążkowi ponad powierzchnią niczym poduszkowiec. Każdy gracz miał swoją kładkę, którą odbijał krążek tak aby umieścić go w “bramce” przeciwnika. Gra znana raczej z barów, ale też i z Amigi(!) (pamięta ktoś jej nazwę?). Zdobyłem punkt kontaktowy. Na koniec zostały wyścigi - znane mi świetnie z Dreamcasta - F355 Challenge. Nawet ta gra okazuje się nieosiągalna “w pełni” w domowych warunkach, gdyż wersja arcade (oprócz oczywiście kierownicy) posiada dwa dodatkowe monitory po bokach, dzięki czemu mamy bardzo szeroki kąt widzenia. Tym sposobem “mecz” pomiędzy “pecetowcem” a “konsolowcem” zakończył się remisem.
Z powyższej historii potrafię wyciągnąć dwa wnioski. Pierwszy to taki, że pecetowcy charakteryzują się podwyższonym współczynnikiem siły, co prawdopodobnie jest spowodowanie waleniem rękami ze złości w stół. Złości kumulowanej w trakcie nieustannych wojaży z konfiguracją pieca. Natomiast konsolowcy prezentują wyższą technikę, pewnie dlatego, że sterują “mało precyzyjnymi” padami, więc muszą nadrabiać skillem ;-). Drugi wniosek odnosi się do tytułowego piwa. “Wyprawę” opisaną wyżej można przyrównać do wypadu na piwo z kumplami. Idziemy się zabawić i doświadczyć wrażeń nietransferowalnych i nieosiągalnych w domowym zaciszu, poczuć specyficzną atmosferę miejsca. Choć wychodzi drożej niż w domu, to czasem warto. Dlatego właśnie nie omieszkam - przy następnej okazji - sprawdzić zawartość lokalnego salonu na obecność Climaxa.

PC-owcy nie mają silniejszego uderzenia, nie bazuj na własnym przykładzie